The Lying Detective - SHERLOCK s4e2 - recenzja - spoilery

Kiedy obejrzałam pierwszy odcinek czwartego sezonu Sherlocka byłam rozczarowana. Zmieniło się tak dużo, że nie czułam już tego dawnego, ukochanego serialu. Bałam się więc, w jaką stronę pójdą kolejne odcinki. Ale wiecie co? Ten serial nie cierpi na syndrom drugiego odcinka. Ten odcinek to życie. I teraz strach się bać, co wydarzy się w kolejnym.



Jednocześnie ostrzegam, że poniższy tekst zawiera mnóstwo spoilerów.

Czy da się jakoś opisać fabułę odcinka The Lying Detective - czy też w cudownym tłumaczeniu Zakłamany Detektyw? Nie. Bo tak naprawdę dzieje się w nim tak wiele wątków, a jednocześnie tak ściśle ze sobą związanych i dwuznacznych, że nie da się określić tego jednym zdaniem. To dla mnie najlepszy z możliwych miksów wszystkich odcinków z trzeciego sezonu. To, że spotkamy Toby'ego Jonesa, czyli, jak dla mnie, najbardziej odrażającego bohatera tego serialu, to jeszcze nic. Cały odcinek opiera się na zamieszaniu w głowach zarówno widzom, jak i samemu Sherlockowi, który ewidentnie nie może poradzić sobie z myślami po tym, co stało się w poprzednim epizodzie.

A że towarzyszy mi stanowczo zbyt wiele emocji, to pozwólcie, że rozpiszę wszystko w punktach.

  • Montaż. Powrócił stary, dobry Sherlock ze swymi fascynującymi i niezrozumiałymi dedukcjami, które twórcy zaprezentowali w tak niewiarygodny sposób, że patrzyłam się na ekran z szeroko otwartymi ustami. Budowanie mieszkania w wyobraźni - to tej pory nie mogę podnieść się z podłogi.
  • Gra aktorska. Jako że Sherlock przez cały odcinek jest naćpany, nie jest do końca sobą, jednocześnie pozostając szalonym socjopatą, którego zabrakło mi w poprzednim odcinku. A jak się dowiadujemy, dlaczego to robi, to aż się człowiekowi cieplutko robi na serduszku. Ale moim zachwytom nie było końca nad grą aktorską Cumberbatcha i tego się wypierać nie będę. Pokazanie tego nieobecnego wzroku i szoku i rozkojarzenia... Nie, żeby pociągali mnie naćpani brodacze.


  • The Lying Detective lie to everyone. I chociaż narkotyki płyną w krwi Sherlocka, nie w naszej, to nie czujemy specjalnej różnicy. Mamy tak namieszane w głowach, że fikcja miesza nam się z rzeczywistością i dopiero na koniec dowiadujemy się, co kto i dlaczego. I to właśnie nasz serial sprzed lat, który intrygę sprytnie owija w mroczny klimat i doprawia ją psychopatami.
  • Humor w tym odcinku doskonale równoważy się z psychodelią. Scena z rysowaniem trasy czy też te wszystkie sypiące się suchary i sarkazm  sprawiają, że przez pół odcinka chichrałam się jak mysz do sera, a przez drugą połowę przytrzymujemy szczękę, co by nam nie wypadła. A jak do tego dołoży się mieszanie w przestrzeni czasowej, przez które nie wiemy, co kiedy się dzieje oraz czy to W OGÓLE się dzieje, to nie możemy się podnieść z dywanu i płaczemy.  I to plątanie. To plątanie, przez które tracimy zaufanie do Sherlocka, bo nie wiemy, czy myśli poprawnie, czy majaczy. Chociaż już od początku pokazuje, że mózg mi pracuje, a on sam nie jest w stanie nad nim zapanować. 


  • Mycroft i jego heheszki. Taki niedostępny!
  • Najważniejszy element odcinka to zaskakujący plot twist z Holmesowym rodzeństwem. Wszyscy oczekiwaliśmy pojawienia się Hiddlestona lub Moriarty'ego jako trzeciego brata. A tu rzucili nam siostrę - którą dało się przewidzieć, o czym świadczy moja rozmowa z Na Tropie. Zaznaczę jednak, że "ludzie zawsze poddają się przy liczeniu do na trzech",  więc kto wie, czy nie ma kogoś czwartego. A skoro nasza Euros to Wschodni wiatr, to właśnie po to wrócił Sherlock. "East Wind is coming". Może to do niej Sherlock powie "i love you". Ale jest prawdopodobne, że to ona stoi za całym Miss me z trzeciego sezonu i Moriarty już się nie ukaże. CHOCIAŻ ANDREW SCOTT JEST W OBSADZIE TRZECIEGO ODCINKA! (ale to mogą być wspomnienia lub pałac myśli).


  • Swoją drogą od razu przeczuwałam, że nowa terapeutka to zło. To była ich pierwsza wizyta, a ona już tak dużo wiedziała o Johnie i ich życiu. Podobnie klientka i jej "Big Brother watching you". Od razu stwierdziłam też, że wygląda jak rodzina dziewoi z autobusu i że kobieta w czerwieni ma tak samo nijaką urodę. Tylko mój umysł wspierał informację, że to ta sama osoba.
  • John przywalił Sherlockowi! Jego gra załamanego męża - cudo. Chociaż kapiące jak z kranu łzy były zbyt sztuczne.
  • To też wyjątkowo Johnlockowy odcinek. Co najlepsze, nie rzuca nam w twarz wyraźnymi, gejowatymi nawiązaniami, ale jak ktoś chce, to zobaczy, to co chce. To po prostu pokazanie łączącej ich więzi w bardzo obrazowy sposób z lekkim puszczeniem oka do fanów. Wzruszamy się, na koniec dociera do nas, co jeden dla drugiego robi, jak bardzo Sherlockowi zależy na tej jedynej w sumie przyjaźni i jak wiele jest w stanie poświęcić. Oglądamy, płaczemy jak norki, bo mimo że śmierć mogłaby dotknąć ANYONE, to będzie to Sherlock i to tak boli nasze fandomowe serduszka.


  • A odcinek bezsprzecznie należy do Pani Hudson. Pokazała się od strony, z jakiej jej nie znaleźliśmy i fani nominują ją na królową Anglii. Scena z bagażnikiem mnie pokonała. I z wylewająca się herbatką. I ta mina Sherlocka <3
  • Nie ma jakiejś wielkiej sprawy kryminalnej. Jakaś tam jest, ale chyba relacje przyjacielsko-rodzinne są tu ważniejsze.
  • Moje usta zrobiły wielkie "o", gdy usłyszałam sygnał SMS Sherlocka. Pojawiło się to sławetne westchnienie i czy oznacza ono powrót Irenki w kolejnym odcinku? Czy Sherlock rzeczywiście stał się na tyle człowieczy i emocjonalny, że przyzna się do jakichś uczuć? Ten jego wyraz twarzy nastolatka, który nie chce się przyznać, że ma dziewczynę. Uroczy ^^
  • Co do zajawki trzeciego odcinka: pistoletu w ręku prawdopodobnie nie trzyma Euros, można to porównać po rękawach, to bardziej Johnowata ręka, chyba, że ktoś się nagle pojawił. A wybuch wygląda wyjątkowo sztucznie i zastanawiam się, czy to nie będzie jakieś wyobrażenie. 


ZAPOWIETRZYŁAM się. Hiperwentylacja. Tak w skrócie mogę opisać wrażenia po tym odcinku. Pobił na głowę epizod pierwszy tego sezonu, co świadczy o tym, że Moffat nie wyszedł z wprawy. W fandomie rozgrzała dyskusja, rozkminiamy wszystkie sygnały i się trzęsiemy. Bo nikt już nie wie, jak tragiczny będzie ostatni odcinek sezonu. I z czym zostaniemy, musząc czekać kolejne 2 lata na ciąg dalszy. Czy pojawi się brat? Jaki wpływ na rodzinę będzie miała Euros? I czy Euros to pseudonim Sherrinforda? Czy to jednak ktoś całkiem inny - bo przecież Mycroft miał do tej osoby zadzwonić. Czy Moriarty żyje?! - bo kto inny wysiadał z tego bloody helikoptera?!
Czekamy.
Tydzień czekania. A potem kolejne 2 lata. I boję się, że na piątym sezonie się skończy.


The Lying Detective - SHERLOCK s4e2 - recenzja - spoilery The Lying Detective - SHERLOCK s4e2 - recenzja - spoilery Reviewed by Martha Oakiss on poniedziałek, stycznia 09, 2017 Rating: 5