SHERLOCK - The Final Problem - s4e3 - spoilery - recenzja


I stało się. Zobaczyliśmy trzeci i ostatni odcinek czwartego sezonu Sherlocka. Dla mnie premiera każdego kolejnego było jak święto. I teraz przyjdzie mi czekać dalej. To były niesamowite 3 tygodnie. I to był niesamowity odcinek, który spędziłam na łączach razem z eM i Nat. Poniżej punktowe omówienie The Final Problem, ze spoilerami. 


  •     Zacznijmy od tego, że ostatni odcinek wyciekł do sieci kilka dni przed premierą. Najpierw z rosyjskim dubbingiem, potem w oryginale. Pomijając memy o wpływie Putina trzeba przyznać, że powstały całkiem prawdopodobne teorie, że zostało to wypuszczone przez twórców celowo. "Bo ludzie zawsze poddają się po trzech",  "Bo nad tym odcinkiem pracowano 2 razy dłużej". Myślano i o tym, że pojawi się całkiem nowy odcinek i o tym, że legalnie będzie można zobaczyć zmienione zakończenie, albo w międzyczasie dodane zostaną nowe sceny. Bo rzeczywiście wyciek był dość słabo logicznie sklejony, a dziury w fabule przyjmowały ogromne wielkości. 
  •     Początek odcinka był tak creepy, że musiałam go oglądać przy zapalonym świetle i nie mogłam wybaczyć, że puszczają to tak późno. Potem zrobiło się naturalniej, chociaż do teraz nie potrafię im darować tych tanich efektów specjalnych jak wybuch. I zeskoczenie z dachu statku jako pirat z powiewającym płaszczem niczym u Batmana. I walenie trumny, która się magicznie unosiła. Wszystko wydało mi się bardzo tanie i miałam nadzieję, że okaże się snem.

  •     Co do zarzutów, że serial zmienił się na gorsze i że brakuje w nim cudownych spraw kryminalnych - zgadzam się z opinią Moffata i Gatissa, że robią nie serial detektywistyczny, a serial o detektywie, więc sprawy kryminalne nie są tu tak ważne. A jednak ten odcinek spróbował wszystko połączyć i zanurzyć się w przeszłość Sherlocka dorzucając do tego psychiczną siostrunię fundującą naszym bohaterom zagadki z kosmosu. Stanowczo bliżej jest jej do Moriarty'ego niż do braci. A schemat całego odcinka typu escape room bardzo przypominał mi The Great Game.
  •     Za dużo jak dla mnie było tu dziur fabularnych. Jeżeli w jednym odcinku ktoś do ciebie mierzy z pistoletu, to nie możesz się nagle znaleźć na Baker Street. Jeżeli jesteś w miejscu wybuchu, to jakim cudem wracasz nagle pełen sił? 
  •     Jestem zadowolona, że została tu zwiększona rola Mycrofta (ale brakuje mi pozostałych, gdzie Greg? Anderson?), który niemal nie opuszcza ekranu. Kto by pomyślał, że nasz clever braciszek stanie się klientem detektywów? Pokazanie w tym odcinku relacji braterskich stało dla mnie na bardzo wysokim poziomie, a z ich twarzy tak wiele byłam w stanie wyczytać ^^. I jak próbował sprowokować Sherlocka, by to jego zastrzelił! (a przynajmniej ja tak to widziałam...). Pokazał się z różnych stron, również negatywnie, ale jednak pokazał człowieka.

  •     Jeżeli ktoś nie był na tyle fajny, żeby po ostatnim odcinku zorientować się, że Eurus to z greckiego east wind, to teraz nas o tym poinformowali z łaski swojej.  Fandom był szybszy! Kolejna sprawa - czy tylko ja od razu zauważyłam że koleś w czapce nasuniętej na oczy, który miał twarz Sherlocka? Heloł, tych kości policzkowych nie da się z nikim pomylić! I czy tylko ja od razu podejrzewałam, że dziewczynka w samolocie stoi na ziemi, w jakimś trzęsącym się pudle lub symulatorze? W ogóle jestem nieco zawiedziona, że fandom był w stanie przewidzieć to, co się działo. Siostra zamiast brata to jedno, ale wsadzenie jej do psychiatryka o nazwie Sherrinford? I że to Eurus wciąż wykorzystuje nagrania Moriarty'ego? I zakład, w którym trzeba wybrać, kogo się zabije? Czy w tym sezonie twórcy zafundowali nam słabsze zagadki czy też widzowie są coraz lepsi w dedukcji? ALE OSTATNIEGO NIKT NIE PRZEWIDZIAŁ (chyba).

  •     Moment, kiedy John może zostać w pomieszczeniu w którym będą omawiane bardzo rodzinne sekrety jest taki Johnlockowy! W zasadzie John w tym odcinku wydał mi się bardzo mało Johnowy. Zrobił się z niego drugi Sherlock, chociaż wiadomo, "kto z kim przystaje...". Ale gdy zobaczyliśmy, jak Sherlock go traktuje... serduszko się rozpływa. I końcówka totalnie Johnlockowa. Z tym bobasem. Taka szczęśliwa rodzinka!



  •     Głos. Ten głos. Gdy usłyszałam ten głos w głośnikach nie mogłam uwierzyć. Gdy zobaczyłam Moriaty'ego, zaczęłam piszczeć i rzuciłam słuchawkami biegając po domu. Serio. Zapytajcie rodzinę . I jeszcze Queen! I TE kocie ruchy! A potem dowalili tym cholernym 5 lat później i znowu wydarłam się na cale gardło. Ile to może zdziałać wrzucenie napisu w odpowiednim momencie. I mówiłam, że z tą nakręcona scena Mycrofta z Moriartym musi być coś na rzeczy! Ale trochę żałuję, że rola Moriarty'ego została nieco zmarnowana i potratowana po macoszemu. Największy wróg Sherlocka stał się trochę marionetką.

  •     Sherlock na pewno nie jest już tym, kogo znaliśmy. Jest niezwykle emocjonalny i walczy o życie ludzi, czego pewnie nie zrobiłby typowy socjopata. Widzimy też, jak ciężko przechodzi mu przez gardło "I love you" - bo to takie słowa? Czy dlatego, że musi je wypowiedzieć akurat do Molly? A ta cała scena! Serce mi się zatrzymało, gdy patrzyłam na naszą małą Molly. Tak roztrzęsionego go jeszcze nie widzieliśmy. A płaczący Sherlock, szczególnie na końcu, całkowicie mnie rozwalił. Nikt chyba nie przewidział, że pod postacią psa będzie kryło się dziecko. Że Sherlock jest, jaki jest, być może dlatego, że stracił przyjeciela.
  •     I zakończenie. Mój Boże, fakt, że psa nigdy nie było. Tak głupie zdanie, a tak bardzo mną tąpnęło. I wreszcie zrozumieliśmy, jak wielkie znaczenie przez wszystkie sezony miała woda. DLACZEGO NIE ZAUWAŻYLIŚMY, ŻE ZAWSZE WSZĘDZIE BYŁA WODA?! I to zabicie najlepszego przyjaciela tak wpłynęło na Sherlocka, że stał się socjopatą... I ta scena z samolotem i siostrą - to wszystko było ponad moje siły. I jeszcze Sherlock który zapamiętał imię Grega! Normalnie odcinek, który tak skrzywdził moje serce, że się chyba nie pozbieram. Nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich fragmentów, które zrobiły na mnie wrażenie. Stanowczo za często płakałam.


To był chyba najbardziej emocjonalny odcinek. Na zmianę piszczałam i płakałam. Tu nie było miejsca na śmiech. Prawdziwy rollercoaster, który wrócił do znanych nam zagadek, by doprawić je dużą dawką rodziny, miłości i wszystkich możliwych emocji. Zapewne ma wady. Ale teraz, od razu po seansie, nie jestem w stanie ich przytoczyć. Bo nie żyję. Bo dziś ma urodziny, a nie jestem w stanie ich świętować. Ten serial totalnie zawładnął moim życiem. A skoro niemal wszystko jest już jasne... co teraz? Co z piątym sezonem? Bo ten odcinek naprawdę świetnie zamyka całość. Stanowi idealną klamrę dla całego sezonu, a wciąż nie potrafię żyć z myślą, że to mógłby być koniec. Jestem życiową pesymistką a ten serial był naprawdę jedną z niewielu rzeczy, które sprawiały mi radość. Nie chcę tego utracić. A jednocześnie, mimo wszystkich narzekań fandomu, było to dla mnie ładne zamknięcie, które mogą popsuć próbą wciśnięcia kolejnych odcinków. Chyba jednak chcę, by tak zostało. Zawsze mogli zakończyć to jak w Alone on the water ...


SHERLOCK - The Final Problem - s4e3 - spoilery - recenzja SHERLOCK - The Final Problem - s4e3 - spoilery - recenzja Reviewed by Martha Oakiss on niedziela, stycznia 15, 2017 Rating: 5