The Six Thatchers - SHERLOCK s4e1 - spoilery


Na ten dzień wszyscy czekaliśmy z wypiekami na twarzy. Każdy Zaszczepiony, każdy członek fandomu przebierał swoimi opatulonymi w czerwony kocyk odnóżami na wieść o premierze czwartego sezonu Sherlocka. Stało się. Dzień nastał, a ja mam mieszane uczucia co do pierwszego odcinka zatytułowanego The Six Thatchers. Żeby Wam to wyjaśnić, a także opowiedzieć o moich teoriach i przypuszczeniach związanych z kolejnymi odcinkami, poniżej dużo spoilerów i niekontrolowanych popisów wyobraźni.


Pierwsze, co rzuciło się w oczy w początkowych minutach odcinka to zupełnie inne kadry niż te, do których przyzwyczailiśmy się w BBCowskiej produkcji. Bez wątpienia jest bardziej filmowo, profesjonalnie, jakby twórcy wreszcie wykorzystali te ciężko zarobione miliony, ale jednocześnie, jakby usiłowali je upchnąć gdzie się da. Wszystko dzieje się zbyt szybko, jesteśmy przerzucani z jednego miejsca do drugiego, z jednej sceny do drugiej, aż się człowiek zastanawia, ile to dni, a nawet miesięcy już minęło. W tym odcinku upchnięto tyle spraw, ile można by wrzucić w cały sezon, a każdej z nich poświęcono wyjątkowo mało czasu - gdybym miała Wam teraz wszystko opowiedzieć że szczegółami, to nie wiem, czy pamiętam, co tak naprawdę się stało i jak poszczególne morderstwa zostały wyjaśnione. Ewidentnie mam przeświadczenie, jakbym była po obejrzeniu kilku odcinków, które pomieszały mi się fabularnie. Wadą tej nowej formy było dla mnie także zmniejszenie ekranowych dedukcji, z których zasłynął serial. Tym razem w większości są to - trzeba przyznać, pięknie ujęte - video rozmowy i hashtahowe twitty. Wyjaśniło się, dlaczego twórcy tak bardzo zachęcali nas do twittowania o najnowszej serii.


Bo i Sherlock przeżył przemianę. Twórcy uprzedzili, że w tym sezonie stanie się on bardziej ludzki. I rzeczywiście jest, zaczynając od wyżej wspomnianego twittowania i nie odstępowania swojego smartfona na krok i na ludzkich emocjach kończąc. To jednak również wywołało we mnie pewien niesmak, ponieważ naszego poważnego, stroniącego od ludzi socjopatę zmieniono w ironicznego, sarkastycznego faceta, który często się uśmiecha i rzuca sucharami na prawo i lewo. Serio, heheszkom nie ma końca. Rzeczywiście pośmiać się można, fandom piszczy ze szczęścia, wszyscy robią maślane oczka do uroczych zachowań Sherlocka w stosunku do dziecka, ale, for god sake, to nie jest TEN Sherlock. Oczywiście można to tłumaczyć - nasz detektyw przecież zaczął się zmieniać od kiedy tylko poznał Johna, zaczął inaczej traktować ludzi, nieco zważać na słowa i próbował zrozumieć ludzką emocjonalność. Ale to nie powinno się stać z odcinka na odcinek (nawet, jeśli przerwa między nimi wyniosła prawie 3 lata).


Gra aktorska oczywiście zachwyca, inaczej być nie mogło. Moim okiem widać, że życie prywatne między Freemanem a Amandą nieco się posypało, więc i odgrywanie pewnych scen zapewne przyszło im z łatwością (bądź trudnością. Zależy od sceny). Bena oczywiście zza Sherlocka widać i nie ma mowy, byśmy nie westchnęli na widok jego łez czy nie prychnęli przy każdym kolejnym żarcie wydobywającym się z jego idealnie skrojonych ust (?!). Molly było mało, chociaż nie płaczę z tego powodu, bardziej żal mi Gavina / Grega  (scena z imionami obowiązkowo), ale dobrze, że jak już się pokazał, to było ciekawie i do pośmiania (Sherlocka nauczył się mego imienia, wzruszonym jest!). I pies. Za mało grał pies i nadal nie wiem, po co on się właściwie pojawił (może to jakieś ckliwe wspomnienia z Rudobrodym?). Mycroft oczywiście też zabłysł, szczególnie swoją wiedzą z Wikipedii i to tekst, który tak często pojawia się w życiu codziennym, że usłyszenie go od takiej postaci co najmniej śmieszy. I już dorobił się swoich memów. Chociaż wciąż nie rozumiem, dlaczego tak inteligentni ludzie nie znają piosenki Rihanny i nie wiedzą, co znaczy Ammo. Ale, ale, nie zapominajmy też o Mystrade w TEJ scenie.


Właśnie, najważniejsza scena odcinka, czyli śmierć Mary - szczerze to nie kochałam jej jako postaci, ale jednocześnie nie hejtowałam. Była mi obojętna, a jej śmierć do przewidzenia dla osób zaznajomionych z kanonem. A kiedy stoją wszyscy w jednej sali, a ktoś trzyma pistolet, to wszystko było jasne. Chociaż, dla ciekawszego efektu, obstawiałam zastrzelenie Mycrofta. Wtedy bym płakła. Nie będę wdawać się w dyskusje, czy Mary wiedziała o zdradach Johna, czy chciała odkupić swoje winy i czy na pewno kochała swoje dziecko, skoro dała się zabić. Jakoś uśmiercić trzeba ją było, a jak morderca z pistoletem się nawinął, to czemu by go nie wykorzystać - i to jeszcze w obronie Sherlocka, co by fandom się całkiem rozkleił. I tu znowu wyobraźnia plata figle - widzę scenę, gdy to Mycroft rzuca się na ratunek Sherlockowi. I to on zostaje postrzelony. I to on krwawi na marmur, a Sherlock nad nim klęczy i płacze. Moja wyobraźnia jest bardzo niezdrowa.


Nie skomentuję też tego, czy to Sherlock nie stoi pośrednio za jej śmiercią, bo nie mógł powstrzymać słowotoku - to również wyrzuty sumienia popchnęły go zapewne na terapię (odwracanie kamery do fotela było jak czekanie na wybuch. Miałam podejrzenia, że siedzi na nim Mary. Nie pytajcie). Jednak nijak nie mogłam zmusić się na tej scenie do płaczu, bo a) Mystrade się spotkali i to na nich wciąż patrzyłam, zamiast na plamę krwi b) Martin wydawał tak dziwne dźwięki, że do tej pory nie wiem, czy zmieniał się w Hulka, czy miał problemy z wypróżnieniem. A jego osoba w tym sezonie wyjątkowo mnie irytowała - zrobił się na Bonda, wsadził kwiatek za ucho i już myśli, że może wyrywać panny w autobusach  (a przecież nie było widać, by był nieszczęśliwy w związku!). A, tak nawiasem mówiąc założę się, że ów Pani nie jest taką zwyczajną Panią i jeszcze się pojawi i nieźle namiesza (a na przystanku był plakat Toby'ego!). Możliwe więc, że Mary każe ratować Johna, bo przeczytała SMSy i wie, że ta ruda małpa to agentka Moriarty'ego. Ktoś ze stolika brał Johnowy telefon, ale przecież nie było widać, któż to taki.


Jedną z najkrótszych, a najbardziej emocjonujących dla mnie scen było wciśnięcie w odcinek trzeciego brata Holmes. Podejrzewam, że Sherrinford pojawi się dopiero w ostatnim epizodzie i, znając Moffata i Gatissa, na jego końcu. Wejdzie, powiem Miss me? i odpalą napisy końcowe, albo spowiją jego twarz w cieniu. I tyle będzie z naszych szalonych przypuszczeń. Chociaż wciąż mam nadzieję, że będzie to Hiddleston. Albo Tennant. Takie tam, geekowskie marzenia.
Jednocześnie wciąż mam nadzieję na powrót Moriarty'ego. Czyja bowiem jest ta głowa w słuchawkach na trailerze? Zastanawia tylko nas, jak przeżył? Przecież "to nigdy nie są bliźniaczki!" (swoją drogą możnaby to zastosować do Mary. Jak gdzieś wyskoczy ożywiona, to się nie zdziwię). Miałam też teorię, że Moriarty nie jest Moriartym, że Richard Brook istnieje i Andrew Scott odgrywał rolę Pana M., tymczasem prawdziwy Pan M. siedział w ukryciu. Tak, BBC mogłoby mnie zatrudnić. I'm volunteer.


Jak widać The Six Thatcher jakoś mnie nie zachwyciło. Czekałam niemal 3 lata, oczekiwałam wielkiego BUM i teraz muszę się przyzwyczaić do zmian, jakie zdecydowali się wprowadzić twórcy. Jednocześnie zaznaczam, że jest to odcinek napisany przez Gatissa, a te zawsze są trochę słabsze (drugi należy do Moffata, trzeci napisali razem). Mam też cichą nadzieję, że mnóstwo wprowadzonych tu wątków i teoretycznie głupich i bezsensownych półsłówek nabierze sensu w kolejnych odcinkach. I wtedy z zachwytem powiem, że wrócił stary, dobry Sherlock, a potem włączę wszystkie odcinki raz jeszcze, by połapać się we wszystkich szczegółach i zastanawiać, dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej.

PS. Scena z Mary na motorze. Na murze napisane jest "kiełbaski", a obok "Solidarność". Tak tylko mówię.


The Six Thatchers - SHERLOCK s4e1 - spoilery The Six Thatchers - SHERLOCK s4e1 - spoilery Reviewed by Martha Oakiss on poniedziałek, stycznia 02, 2017 Rating: 5