Rapsodia z Demonem, czyli Queen w Teatrze Rampa


Dziś kolejny tekst z cyklu tych szalonych i nie do końca obiektywnych, bo Martha wielką miłośniczką musicali jest i nie ma co o tym dyskutować. Pisząc świeżo po obejrzeniu spektaklu, jednocześnie będąc totalną fangirl, nie da się mówić o wadach musicali, bo przeważnie się ich nie zauważa. Widzi się tylko emocje i najlepsze momenty. Ale spróbujemy. Opanujmy się i postarajmy się opowiedzieć wszystko po kolei.


Wybrałam się do warszawskiego teatru Rampa na spektakl Rapsodia z Demonem, musical z piosenkami Queen. 22 największe przeboje tego zespołu zostały wplecione w fabułę o młodym Erwinie, któremu marzy się kariera muzyczna i zmienianie świata i który, by to osiągnąć, podpisuje pakt z tytułowym demonem. O tym spektaklu słyszałam jeszcze podczas przygotowań do jego premiery, rok temu i szczerze nie wiem dlaczego się na niego od razu nie wybrałam. Z ogromną chęcią zobaczyłabym go jeszcze raz, jednak swój bilet zamawiałam z dwumiesięcznym wyprzedzeniem i znalezienie wolnego miejsca w tym sezonie (czyli do końca lutego) graniczy z cudem. Pozostaje mi wierzyć, że Rapsodia wróci do repertuaru od września/października.

Zdjęcie z próby; materiały Teatru Rampa/Materiały prasowe

Wybierając się na Rapsodię z Demonem wiedziałam w zasadzie tyle, że usłyszę piosenki Queen i (dzięki Mysza Movie), że w obsadzie znajduje się Kuba Molęda (znany kiedyś z zespołu LO 27, a potem z wykonania piosenki Akcent w TTBZ) oraz Jakub Wocial, kierownik sceny muzycznej Rampy, nazywany wśród widzów polskim Neil Patrickiem Harrisem. Tuż przed przedstawieniem okazało się jednak, że obsada została nieco zmieniona i zebrana w tym dniu widownia miała okazję, niemal elitarnie, obejrzeć pokaz w innej odsłonie, podziwiając aktorów w debiutujących dla siebie rolach. W roli Erwina, standardowo, pojawił się Kuba Molęda, jako Idę zobaczyłam Natalię Piotrowską, której jestem wielką fanką dzięki Studiu Accantus, jednak rolę Kacpra przejął Maciej Pawlak, a Mistrza - Sebastian Machalski. Nie jestem w stanie dokonać porównania, ponieważ nie widziałam w akcji poprzedniej obsady, jednak jestem bardzo zadowolona z tego, co otrzymałam. O dobrym wywiązaniu się z obowiązków i wcieleniu się w role (Mistrz był złotem, Robert Tondera wcześniej kojarzony z dubbingiem również) świadczą z pewnością owacje na stojąco, które trwały długo po opuszczeniu kurtyny. Głos, te wszystkie góry i doły oraz mimika Sebastiana Machalskiego zrobiła na mnie ogromne wrażenie i jestem niemal dumna, że mogłam być świadkiem tego debiutu. Niech w The Voice żałują, że go nie przepuścili. Pan Jakub w roli Mistrza jest zapewne równie demoniczny (nawiązanie do tytułu), bo udało mi się porozmawiać z osobami, które te występy mogły oglądać, zapoznałam się również z urywkami dostępnymi w internecie
Jeszcze bardziej cieszę się, że zajęłam tak dobre miejscówki - Demon wielokrotnie przechadzał się obok mnie, a Erwin i Ida zeskoczyli ze sceny dosłownie metr przede mną, by porwać widownię do tańca.

Zdjęcie z próby; materiały Teatru Rampa/Materiały prasowe

Właśnie w tym miejscu wypada zaznaczyć, że używane powyżej sformułowania "spektakl" czy "przedstawienie" nie do końca pasują do tej produkcji. Sam Jakub Wocial w jednym z wywiadów określił ją mianem show czy widowiska. Nie jest to bowiem typowo teatralny, sztywno zaplanowany pokaz, podczas którego oklaski widowni mogą przeszkadzać aktorom w wypowiedzeniu kolejnej kwestii. Rapsodia ma bardziej koncertową formę, w której widzowie są zachęceni i niemal zmuszani do śpiewu i tańca. Czułam się niezwykle confused, gdy Natalia Piotrowska i Kuba Molęda wyciągali nas z foteli. Damy w szpilkach i sukniach wieczorowych raczej nie były przygotowane na tańce do rockowych piosenek. Początkowo nie wiedziałam, czy aktorzy "grają" koncert i mobilizację tłumów, czy rzeczywiście zachęty "ręce do góry" i "wykrzyczcie to" są skierowane do nas. W drugiej połowie, gdy wiedziałam, co się dzieje, łatwiej było wyluzować i być sobą, a taka interakcja z widzami wpłynęła niezwykle pozytywnie na odbiór przedstawienia, jak i samych aktorów.

Jednocześnie warto zaznaczyć, że na scenie nie znajdziemy mnóstwa dekoracji i co chwilę zmieniającej się scenografii, do jakiej przyzwyczaiłam się w Teatrze Roma. W Rapsodii z Demonem głównym wyposażeniem są czarne skrzynie, w których zazwyczaj trzyma się sprzęty. One, tak naprawdę cały czas grając tylko skrzynie, stanowiły wystarczające elementy, by show, wbrew pozorom, okazało się bogate. Zbytni przepych również może wpłynąć na odbiór i rozproszenie widza. Pomysł i reżyseria zgrabnie sprawiły, że aktorzy, za pomocą kilku pudeł, zaprezentowali niezwykły performance.
Co do tancerzy przyczepić się nie mogę, bo grupę Santiago Bello obserwowałam już od jakiegoś czasu i wiedziałam, że się nie rozczaruję.
W wypadku muzyki mamy do czynienia z wykonywanymi na żywo piosenkami zespołu Queen, jednak w interpretacjach aktorów. Problem mogą mieć osoby nieznające języka angielskiego, gdyż utwory są wykonane w oryginale i, jak to w musicalach, ich tekst stanowi treść przedstawienia. Warto też wiedzieć, w jakim momencie życie Freddiego Mercurego dany utwór powstał. Jednak ich samo wykonanie stoi na niezwykle wysokim poziomie, a na przetłumaczeniu taka klasyka mogłaby tylko ucierpieć (choć jestem zwycięzcą Kurczaka Małego się przyjęło, ale uważam to za wyjątek).

Zdjęcie z próby; materiały Teatru Rampa/Materiały prasowe

W Rapsodii, mimo poruszenia poważnego tematu, nie brakuje dużej dawki humoru. Momentami zauważymy podteksty i nieco bardziej seksualne nawiązania, dlatego zdziwił mnie widok na widowni dzieci, na oko 7-10 letnich. Dla mnie to produkcja skierowana głównie do dorosłych i młodzieży. I, oczywiście, fanów Queen, nawet jeśli zainteresowali się tym zespołem dopiero po dołączeniu do niego Adama Lamberta - tak jak ja. Może sama fabuła musicalu nie jest zniewalająca, czasem miesza realizm z fantazją na poziomie, kiedy już nie zauważamy między nimi granicy, a czasem po prostu przysłania ją muzyka. Jednak w połączeniu z nią stanowi to świetnie skomponowaną całość.

Jak widać, jestem tym widowiskiem zachwycona. Chętnie obejrzałabym go ponownie, również, dla porównania, w innej obsadzie. Niezwykle żałuję, że wybrałam się na niego dopiero teraz, a nie te kilka miesięcy temu. Będę więc czekać na wznowienie produkcji w nowym sezonie.
Jednocześnie chcę zaznaczyć, że ja musicale kocham do tego stopnia, że nie dam o nich złego słowa powiedzieć. Zawsze chciałam pracować przy musicalach. A jako że ani nie tańczę, ani nie śpiewam, to mogłabym kierować światłem. Włączać mikrofony. Cokolwiek. Byle codziennie je oglądać. Niech mnie chociaż przyjmą na praktyki do sprawdzania biletów i pomocy ludziom w znajdowaniu miejsc na widowni. Whatever.
Chociaż kogo ja oszukuję - na widok takiego aktora zaraz by mnie przytkało i tyle z pogawędki. Ta nieśmiałość! 

Zdjęcie z próby; materiały Teatru Rampa/Materiały prasowe

Rapsodia z Demonem, czyli Queen w Teatrze Rampa Rapsodia z Demonem, czyli Queen w Teatrze Rampa Reviewed by Martha Oakiss on poniedziałek, lutego 13, 2017 Rating: 5