NIE MAM MÓZGU, czyli Martha o Doctor Strange w 4DX || recenzja filmu

Uwaga! Poniższa recenzja Doctora Strange'a powstała zaraz po obejrzeniu filmu, w wielkich emocjach po efektach specjalnych, jakie zapewniło kino 4DX. Emocje te znacząco wpłynęły na ocenę i sprawiły, że o obiektywizmie możecie sobie tylko pomarzyć.


Taka jest prawda. Gdy usłyszałam opinie szczęściarzy, którzy mieli okazję obejrzeć Doctora Strange'a w dniu premiery, wiedziałam, co zrobię. Wiedziałam, że wybiorę się na seans w 3D, bo wszyscy zachwalali efekty i żałowali, że skorzystali z tanich, 2D-owskich śród w Cinema City. ALE, kiedy dowiedziałam się, że film ten grany jest w kinie Skoda 4DX... Na Doktora, żałujcie, że nie słyszeliście mojego pisku. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że kina spod tej marki są tylko 3 w całej Polsce, bilety tanie nie są, ale wrażenia są bezcenne. Bowiem oprócz efektów 3D otrzymujemy także ruszające się fotele, wiatr, zapachy, krople wody, dym i inne bajery, przez które można albo poczuć się jak w wesołym miasteczku, albo dostać zawału. A jeżeli mówiąc "ruszające fotele" myślicie o lekko falujących oparciach... Mylicie się. To szalony rollercoaster, nieprzeznaczony dla osób z chorobami serca czy urazami kręgosłupa. Hardcorowo, ale przez to nie tyle oglądamy film, co stajemy się jego częścią.


Przechodząc do samego filmu - jeżeli nie wiecie, kim jest Doctor Strange, to witajcie w klubie. Przed seansem wiedziałam o nim tylko tyle, że pochodzi z uniwersum Marvela i ma czerwoną pelerynę. Swoją drogą, jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu, to nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale ta jego czerwona kapoka stanie się Waszym ulubionym bohaterem filmu. Mówię Wam. 
Nasz Benedict Cumberbatch jest doktorem, dokładnie neurochirurgiem, aż do dnia, gdy przeżywa wypadek i częściowo traci władzę nad dłońmi. (Muszę zaznaczyć, że ten wypadek był dla mnie okropnym przeżyciem ze względu na fotele. To było jak crash-test. Obawiam się, że mam wstrząśnienie mózgu). Bez zagłębiania się w szczegóły Ben staje się Marvelowskim superbohaterem.

Jak już jesteśmy przy Benie, to przy nim na chwilę pozostańmy. Myślałam nad tym cały wieczór i stwierdzam, że nikt inny Doctorem zostać by nie mógł. Facet momentami wygląda jak menel, innym razem jak James Bond, ale żaden inny aktor po prostu w tej roli by się nie odnalazł. Chociaż momentami był z niego parszywy dupek i egoista i mogłabym go naprawdę znielubić, gdyby nie zbliżająca się wielkimi krokami premiera czwartego sezonu Sherlocka. Ah, no tak. Bo jako Doctor też stawia sobie kołnierz peleryny niczym kołnierz płaszcza i wierzę, że to mały ukłon w stronę fandomu. Tak będę sobie wmawiać.


Fabularnie nie powiem za wiele z kilku powodów. Po pierwsze, przyznaję bez bicia, jestem świeżakiem w uniwersum. Ale tym bardziej na plus potraktowałam fakt, że w produkcji nie znalazło się zbyt wiele nawiązań do innych postaci, więc nie przeszkadzało mi to w odbiorze i zrozumieniu wydarzeń. Po drugie, nie znam komiksowego pierwowzoru, więc nie potrafię stwierdzić, na ile odwzorowanie można nazwać wiernym. I po trzecie, jakby się tak porządnie zastanowić, to w tym filmie nawet nie ma za wiele fabuły. Wypadek - uczymy się - walczymy ze złem - mordobicie - the end. Fragment wzruszający, chociaż się nie płacze, fragment zabawny, ale nie parodycznie. Całość opiera się głównie na efektach specjalnych - i tu trzeba przyznać, że robią one tak piorunujące wrażenie, że nas paraliżuje i zapominamy, że nie ma fabuły. To jak bardziej profesjonalna Incepcja, w której na dodatek fotele rzucają Tobą od ściany do ściany. Zastanawiałam się, czy jest w tym filmie cokolwiek prawdziwego, czy też bohaterowie przez dwie godziny latają po studiu dwa na dwa metry obitym od góry do dołu green screenem. Co by to nie było - za te efekty powinni dostać Oscara. Jeżeli go nie dostaną, tracę wiarę w ludzkość. I przenoszę się do innego wymiaru. Z Benem.

Muszę też przyznać, ze wybrałam się na wersję z dubbingiem. Tak, wiem, zdrada narodów. Zdawałam sobie jednak sprawę, że z moim wzrokiem i trząchającymi fotelami raczej nie byłoby mowy o czytaniu napisów. To jednak sprawiło, że a) nie usłyszałam amerykańskiego akcentu Benedicta i z tego powodu cierpię katusze niesłychane, b) zamiast Bena słyszałam Żebrowskiego, do którego głosu, mimo moich najszczerszych chęci, nie mogłam się przyzwyczaić. Prócz tego uważam Doctora Strange'a z produkcję niezwykle dopracowaną gdzieś wyżej, niż nam się wydaje. Bo oprócz nieproporcjonalnej twarzy Bena na ekranie ujrzymy także kolejnego ufoludka, czyli Tildę Swinston. Nadchodzi inwazja. Inwazja z porządną zmową, bo, mówię Wam, Cumberbatch jako Sherlock zabił jednego Mikkelsena, a tu jako czarny charakter powraca z zemstą jego brat, więc to wszystko to totalny spisek przeciw fandomom, co by im mózgi powybuchały.

Z ogromną chęcią obejrzę ten film raz jeszcze, tym razem w wersji z napisami. I zdaję sobie sprawę, że bez efektów, które przeżyłam, to już nie będzie to samo. Ale będę silna i zniosę to. Chyba.
A Wy, jeżeli wybieracie się na seans, to pamiętajcie, aby zostać po napisach końcowych. Zarówno po tych kolorowych, jak i czarno-białych. Przygotowano dla nas dwie dodatkowe sceny!

.
NIE MAM MÓZGU, czyli Martha o Doctor Strange w 4DX || recenzja filmu NIE MAM MÓZGU, czyli Martha o Doctor Strange w 4DX || recenzja filmu Reviewed by Martha Oakiss on środa, listopada 02, 2016 Rating: 5